Uzależnienie

28 Lipiec 2008

Jestem uzależniony od czułości i zawsze jestem na głodzie bo samotność to moje drugie imię. 2 lata temu straciłem jedyną prawdziwą miłość i mam pozamiatane, wciąż uczę się żyć bez niej, ale nie potrafię. Przeraża mnie wszystko. Przeraża mnie przyszłość, praca, nowi ludzie, których poznam zaczynając studia od nowa, przeraża mnie to, że znowu wezmę się za jakąś łajzę i stracę tylko czas usiłując ją pokochać jednocześnie wiedząc doskonale, że nikogo nie pokocham dopóki nie wygonię demonów, które siedzą we mnie od dwóch lat. “Dni, których nie znamy” od tego wszystko się zaczęło, do tej pory słysząc tę piosenkę tracę nad sobą kontrolę, staram się tej piosenki po prostu nie słuchać.

Przez ostatnie 4 dni była u mnie Kaś. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Skończyło się na tym, że codziennie przez pół dnia ona siedziała przy kompie, gadała na gg, przeglądała bahu i epulsa a ja nie miałem co ze sobą zrobić. Później się dowiedziałem, że ona siedziała przy kompie bo ja leżałem, albo czytałem książkę (chociaż byłem przekonany, że jest na odwrót, tj. ja leżę i czytam bo ona siedzi przy kompie i nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Olałem to bo później było fajnie. W piątek przyjechała, odebrałem ją z dworca (jak już w końcu znalazłem ją na peronie) i poszliśmy do domu. Po drodze zjadłem sobie knyszę, czym wprawiłem młodą w stan skrajnego obrzydzenia. W domu ona siedziała przy kompie a ja przy niej i nabijaliśmy się z emo na epulsie i z jej znajomych na gg. Po 21 przyszedł sąsiad i obejrzeliśmy film. Dziwnie się zachowywał, przy niej się praktycznie nie odzywał, a wypadałoby, żeby po tym co ostatnio z nią wyczyniał powiedział jej chociaż “cześć”. W sobotę wstaliśmy koło 10, ona siedziała przy kompie a ja czułem się olany. Po południu poszliśmy do miasta na obiad i spacer i wylądowaliśmy w KFC (ku wielkiemu mojemu niezadowoleniu). Nie najadłem się, ale za to napiłem jak dzik. Pogadaliśmy, było miło. Wieczorem poszliśmy na fontannę koło przyrodniczego, gdzie jedliśmy ogórki konserwowe i chlapaliśmy się wodą. To było po prostu niesamowite. Po powrocie do domu siedzieliśmy se i robiliśmy se jaja z ludzi. W niedzielę od rana miałem doła – młoda zostawiała mi za dużo czasu na myślenie. Uświadomiłem sobie, że nie mam kompletnie nikogo, z kim w razie “W” mógłbym pogadać, wyżalić się czy nie wiem, przytulić. Kasię to strasznie wkurzało, ale nie zrobiła nic, żeby mnie z tego doła wyciągnąć – wręcz przeciwnie: miała pretensje i marudziła. Poszliśmy w końcu na obiad do chińskiej knajpy i jedliśmy pałeczkami(lansik, lansik). Wtedy już wszystko było dobrze, wygadałem się (zero prób pocieszania, może i lepiej, chociaż…). Łaziliśmy potem po mieście, byliśmy na wyspie słodowej po ciemku oglądać miasto, śmialiśmy się z ludzi, wyzywaliśmy się

- jesteś chujem
- jesteś gównem!

Potem poszliśmy z ogórkami na fontannę, ale już nie było tak fajnie jak dzień wcześniej, jakoś głupio lała. W drodze powrotnej postanowiłem się wyegzaltować i powiedziałem coś w stylu:

Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i siostrą, dziękuję, że jesteś i mimo, że cały dzień mnie olewasz i siedzisz przy kompie to jesteś cudowna i kocham cię

Na co zamiast zwykłego “ja ciebie też” usłyszałem “jesteś przekutasem”, które uznałem za odpowiedź równorzędną. Dzisiaj, tj w poniedziałek wyszliśmy z domu wcześniej, poszliśmy do ogrodu japońskiego a następnie do sklepu orientalnego i chińskiej knajpy. Obiecałem Kasi, że kupię jej arafatkę, ale były tak skurwysyńsko drogie, że nie miałem tyle kasy i jej nie kupiłem. Połaziliśmy jeszcze po arkadach i dwie godziny przed odjazdem byliśmy na dworcu. Kupiłem młodej bilet (za jej pieniądze) dałem jej resztę i wywiązała się rozmowa:

- To teraz idziemy na lody do mcdonalda i na picie do kfc – zaproponowałem
- do macdonalda na frytki
- dobra, ale ty stawiasz
- sama sobie kupię
- no dzięki, jesteś egoistką wiesz? // jakby nie patrzeć przez ostatnie 4 dni kupowałem jej wszystko – bilety, jedzenie, picie, ogórki
- i kto to mówi, jesteś chujem
- mam sobie iść?
- idź
- no to idę, cześć – zacząłem iść przed nią
- oddaj mi plecak
- a no tak, zapomniałem – podałem jej plecak – naprawdę mam sobie iść?
- tak, idź

Wyszedłem z dworca, kupiłem sobie wodę, wypiłem, dałem jej chwilę na ochłonięcie i wróciłem do niej

- miałeś sobie iść – powitała mnie
- nie chciałem. O co ci chodzi?
- o gówno. Idź sobie.

I poszedłem. Antyś twierdzi, że albo chodzi o tę arafatkę(niedotrzymana obietnica), albo o to, że cała ta przyjaźń była o kant dupy rozbić. Jeśli chodzi o niedotrzymane obietnice to Kaś mnie przebiła (doliczyłem się 3, pewnie jakbym się zastanowił to bym więcej znalazł). W zasadzie nie wiem o co poszło, nie wiem czy Antyś ma rację, mam nadzieję, że obie opcje są błędne i chodziło cholera wie o co, rozchwianie emocjonalne albo coś. Podejrzewam, że to oznacza koniec naszej przyjaźni, ale z nami różnie bywało, więc nie warto nic przedwcześnie zakładać. Mam tylko nadzieję, że dowiem się o co poszło bo wizja “nasza przyjaźń była warta 36 zł” jest dla mnie tak samo chujowa jak wizja “nasza przyjaźń nie istniała”.

Wszystko to podsumowuję krótko: kochanie nie wychodzi mi na dobre: 4 dni starania się być najlepszym przyjacielem i bratem, za które otrzymałem 4 dni olewania mnie, wydawania mojej kasy i “idź sobie” na pożegnanie.

Moim zdaniem Opera jest najlepszą przeglądarką.

Część tego zdania jest pogrubiona, bo tak naprawdę tylko ona jest ważna. Nużą mnie już te flejmy na forach i w komentarzach na wykopie o tym, która przeglądarka jest najlepsza. Tak samo jak nużą mnie dyskusje o najlepsze systemy operacyjne i cokolwiek najlepszego. Fajboje gotowi są wydrapać sobie nawzajem oczy broniąc swoich racji. Zamierzam się wypowiedzieć dlaczego lubię tę a nie lubię innych przeglądarek.

Na początek chciałbym zastosować dość obrazowe porównanie przeglądarek internetowych – porównać je do systemów operacyjnych.
Internet Explorer = Windows – niby wszystko jest, ale jednak czegoś brakuje.
Opera = MacOS – instalujesz i masz wszystko.
Firefox = Linux – instalujesz i nie masz prawie nic, dopóki nie doinstalujesz tego, co uważasz za przydatne.

Odkąd pierwszy raz użyłem Maca jestem macentuzjastą, mimo, że mnie na komputer tej firmy nie stać i mimo, że pewnie bym go nie kupił bo jestem nałogowym graczem, a gier na Maca jest mało. W MacOS podoba mi się to, że jest tam wszystko i to wszystko na wysokim poziomie. Taka sama jest Opera.

Powody, dla których wolę Operę:
1. Wydajność – Opera działa bezproblemowo nawet na bardzo słabych komputerach. Mam w domu truchło – 300MHz procesor, 32MB pamięci RAM, Windows 98 (tak, wiem, że Linuks lepiej się nadaje na taki sprzęt, ale nie znam tego systemu na tyle, żeby uruchomić pod nim moje wifi, więc nic z tego). W momencie, w którym zacząłem korzystanie z tamtego komputera byłem nałogowym użytkownikiem Firefoxa i nie wyobrażałem sobie używania innej przeglądarki. Chcą zainstalować swój ukochany browser na komputerze przeżyłem straszliwe rozczarowanie – Firefox padł już na etapie instalacji. Niezrażony niepowodzeniem zainstalowałem Operę (której zdarzało mi się używać już kiedyś) i przeżyłem szok – działała bezproblemowo. Później wpakowałem do kompa dodatkowy RAM, ale już nie chciałem zostawiać Opery. Wersja 9.5 zwaliła mnie z krzesła bo była jeszcze szybsza od poprzedniczki, a 9.51 miała poprawiony koszmarny błąd pojawiający się przy pobieraniu i wyeliminowała irytujące okienko dotyczące jakiejś systemowej biblioteki. Oczywiście w porównaniu użycia pamięci konfrontację Opera – Firefox lisek przegrywa z kretesem.

2. Ma w sobie wszystko – Oczywiście dowolny użytkownik Firefoxa powie mi, że Firefox też ma wszystko, tylko trzeba zainstalować wtyczki. Będzie miał rację mówiąc to, ale ja nie chcę instalować wtyczek. Ja chcę mieć potrzebne funkcje od razu. Chyba wszyscy się zgodzimy, że wejście w ustawienia i zaznaczenie checkboxa przy jakiejś opcji jest szybsze niż ściągnięcie i zainstalowanie wtyczki (dodatkowo nie wymaga restartu przeglądarki). Poza tym niektóre wtyczkowane opcje działają się tak, że pożal się Boże (o ile w ogóle istniejesz)

Jest oczywiście kilka wtyczek do Firefoxa, które sprawiły, że nie chciałem używać opery. W sumie były, dwie: Google Browser Sync i Google Notepad Plugin. W tej chwili dzięki Opera Link tamte wtyczki odeszły w niepamięć (zresztą Google i tak dało dupy, bo nie działały w becie Fx 3).

Moment krytyczny.
Chwilą, w której całkowicie przesiadłem się na Operę i porzuciłem Firefoxa był moment, w którym Fx tak po prostu, sam z siebie przestał działać.

Jednak wróćmy do sedna. Tak naprawdę nie jest ważne jakiej przeglądarki używasz, a jedynie jak do tego podchodzisz. Dla jednego przeglądarka jest kwestią honoru (“Używam Firefoxa bo jest open source!!!!111″), dla całej reszty (w tym dla mnie) kwestią wygody. I tak jak ci pierwsi będą się kłócić na forach (bo ktoś w internecie się myli!) tak ci drudzy poczytają flejm, uśmieją się do łez i dalej będą używać swojej przeglądarki. W zasadzie wszyscy zyskują: fanboje utwierdzą siebie nawzajem w jedynym słusznym wyborze, trolle się pokłócą a osoby bez zdania być może spróbują alternatywy i odkryją coś dla siebie w przeglądarce, do której wcześniej by nie zajrzeli.

Prawda jest jak dupa – każdy ma swoją i tak samo jest z przeglądarkami. Liczy się to, co jest wygodne dla nas, a inni niech robią co chcą.

PS.
Nie mówiłem zbyt wiele o Safari i Internet Explorerze, bo w zasadzie te przeglądarki ta “wojna” omija.

PS.2
Osoby znające mnie i moje skłonności do wywoływania przeglądarkowych kłótni – dla mnie to jest zabawa i sposób na sprawdzenie kto myśli, a kto nie.