Ciąg dalszy nie nastąpi.
29 listopad 2008
z racji tego, że nazwa jest dość chujowawa przenosze się wpizdu pod akulowaty.wordpress.com. KTHXBYE.
Zdegenerowany
24 listopad 2008
- ona jest zdegenerowana?! – powiedział oburzony akul – to ja jestem zdegenerowany! Piję, palę, przeklinam, uprawiam seks z nieznajomymi, zdradzam moją dziewczynę… co jeszcze?
- programujesz w javie
- o! programuję w javie!
Gwiazdka dla terrorystów pełna lemingów pod choinką.
2 listopad 2008
Jak co roku zaczął się ten cyrk zwany wszystkich świętych/świętem zmarłych. Jak co roku wybrałem się do Poznania oglądać stada lemingów i irytować się na zaistniałą sytuację. W tym roku, rodzina moja kochana stwierdziła, że pojedziemy rano, gdy będzie mniej ludzi. Sam bym to zaproponował, ale dla mnie „rano” by było około szóstej rano, a nie o 10. Ilość wolnych miejsc parkingowych w odległości kilometra od cmentarza jednoznacznie wskazywała na to, że nie tylko moja rodzinka wpadła na ten błyskotliwy i jakże oryginalny pomysł.
I
Parkowanie
Ktoś w Poznańskim urzędzie miasta wpadł na pomysł, aby zorganizować parking na pasie zieleni pomiędzy pasmami drogi ekspresowej. Pomysł mało odkrywczy, bo kierowcy zawsze tam parkują. Drogowcy zrobili coś dużo lepszego – zamknęli dla ruchu wewnętrzne pasy, żeby umożliwić parkującym i wyjeżdżającym z parkingu jakiekolwiek manewry. Oczywiście jak to w naszym kochanym kraju bywa reguła zamka błyskawicznego jest naszym kierowcom obca, bądź niezrozumiała, a wolny pas nie może się marnować. W konsekwencji tego oba pasy były zakorkowane, a ci, którzy zaparkowali bliżej cmentarza ’se postoją’ zanim wyjadą.
II
Hieny cmentarne.
Hienami cmentarnymi nazywa się ludzi, którzy żerują na innych i podkradają kwaty czy też znicze z grobów „na handel”. To są nielegalne hieny. Są jeszcze hieny jak najbardziej legalne – mendy, które stawiają swoje stragany wzdłuż chodników i sprzedają jak najbardziej cmentarne wyroby – szaszłyki, rogaliki, kanapki, napoje, zapiekanki i cukierki. Bydło przyjdzie – bydło kupi. Bo dziecko chce, bo właściwie to mi się chce pić, bo cośtam. Nie miał bym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ludzie zatrzymują się przy ich straganach tworząc zatory w ruchu i generują korki w ruchu pieszym, których być nie ma prawa. Zaczyna się przepychanie, deptanie sobie po piętach i pretensje do całego świata. Sprzedawcy kwiatów i zniczy, też się panoszą. Ich stragany znajdujące się w „wąskim gardle” skutecznie utrudniają ruch, a jeszcze mają czelność ci sprzedawcy mieć pretensje, że depcze im się ich kwiaty. Widzą, że co roku jest taki młyn i co roku się rozpychają na pół chodnika. Hipokryzja? A może głupota? Następny etap przeciskania się przez stado lemingów to ogrodzony barierkami chodnik prowadzący do przejścia przez tory. Na tym odcinku obowiązuje zakaz handlu, oczywiście nasze kochane hieny znalazły sposób na obejście go i ustawiają stragany za barierkami. Oczywiście nikt u nich nic nie kupuje bo próba zatrzymania się przy straganie spowoduje natychmiastowe jęki, krzyki i ogólne niezadowolenie tłumu, którego iq jak wiadomo jest równe iq najgłupszego uczestnika podzielone przez ilość osób w tym tłumie. Tu także wyłania się całe buractwo naszego narodu. Ludzie kombinują jak mogą. Idą lasem a potem przełażą przez barierki, żeby tylko wejść szybciej. Przepychają się w przewężeniu przed przejściem podziemnym i w wejściu do windy dla niepełnosprawnych. Zadziwiające, jak niektórym spieszy się na cmentarz. Kolejnym elementem potęgującym wrażenie, że jesteśmy otoczeni przez idiotów jest to, że mnóstwo ludzi pcha przed sobą wózki dziecięce. Niektórzy wpadli na to, żeby cztery kółka zostawić w aucie i dziecko wziąć na rękę, ale znaczna większość najeżdża współtłumowiczom na stopy kółkami swoich Kinderwagenów.
III
Miss nagrobka
Teraz zaczyna się prawdziwy cyrk – jesteśmy na cmentarzu. Ludzie prowadzą niemą licytację kto kupi większy znicz, więcej większych zniczy i bardziej przykryje grób kwiatami. Siostra kiedyś powiedziała, że kwiaty są dla ludzi a nie dla zmarłych i miała, cholera mała, rację. Zmarli są na tyle martwi, że nie robi im różnicy czy położysz im na grobie jedną różę czy wielki bukiet i pierdylion zniczy. Równie dobrze możesz iść na grób z pustymi rękami, postać nad nim, poswpominać, pomodlić się do boga, w którego wierzysz, lub w którego wierzył zmarły. Dla tej osoby wychodzi na jedno. Dla ciebie w sumie też, ale większość ludzi tego nie dostrzega. Chcą pokazać, że są lepsi, że bardziej pamiętają, że mają lepszy gust, więcej pieniędzy, czy też więcej punktów lansu. Do ludzi nie dociera, że liczy się pamięć a nie sterta kwiatów na pomniku. Bo sąsiedzi będą gadać, bo będą porównywać. Idiotyzm.
IV
Konkurs fotografii cmentarnej
Kiedyś było inaczej. Kiedyś nie było cyfrówek. Kiedyś człowiek cenił każdą klatkę i myślał przed zrobieniem zdjęcia, bo fotograf, który wywoływał film i robił odbitki widział każde zdjęcie. Syfrówki zmieniły pogląd na fotografowanie. Robienie zdjęć cyfrą nic nie kosztuje, więc robi się je przy każdej okazji, w każdym miejscu i w nieprzyzwoitych ilościach. Wszyscy doskonale pamiętają słynne zdjęcie „z rodziną po kremacji mamy” umieszczone przez kogoś bez poczucia smaku na portalu nasza klapa. Mnóstwo ludzi widziało też zdjęcie dwóch blachar nad grobem ich brata/syna umieszczone również na tym portalu. Ktoś na wykopie skomentował to jako „mogła założyć mini i oprzeć but o nagrobek tak, żeby było widać stringi”. Komentarz z pozoru humorystyczny w praktyce mówi o tym, co nas wkrótce czeka. Z czystej ciekawości poryję za parę dni na nk i pewnie znajdę mnóstwo zdjęć z kategorii ‘konkurs fotografii cmentarnej’. Tutaj mamy powrót do miss nagrobka. Ludzie chcą się pochwalić tym jak to bardzo pamiętają, jak to bardzo kochają i jak to bardzo cholera wie o co im chodzi. Tylko czy fotografując się na cmentarzu nie przekracza się granic dobrego smaku?
A rynek tak uroczo pusty.
Czas
31 październik 2008
Z czasem człowiek dowiaduje się rzeczy, których wolał by nie wiedzieć. Czasem ludzie okzaują się kimś innym niż wydawali się być. Wszystko ładnie, pięknie, ale dlaczego tego czasu jest tak mało?
Cośtam
17 październik 2008
Posprzątałem w naszej tzw kuchni. Jestem pełen podziwu dla Mateusza jak mógł wkładać do tej mikrofali jedzenie i potem je jeść. Teraz jest po bipowsku czyli idealnie.
Przez ostatni tydzień miałem nowego współlokatora – Pawła. Pierdolonego pijaka, który wracał nad ranem i się burał. Raz buranie przerodziło się w awanturę, po której załatwiłem mu u właścicieli ekspresową wyprowadzkę. Autentycznie bałem się tego człowieka, sprawiał wrażenie psychola i rzeczywistość chyba nieznacznie odbiegała od tego wrażenia. Teraz mam nowego współlokatora, wprowadza się za tydzień. Kolega z grupy, znaleziony w bardzo ciekawy sposób:
Siedzimy, gadamy:
- Nie znasz może kogoś kto szuka mieszkania?
- No znam, a czemu pytasz?
- Bo szukam współlokatora
- A ja szukam mieszkania.
Fakt, że też Paweł, ale jak sam to określił “do trzech razy sztuka”. Nie jest pijakiem ani studentem W za przeproszeniem 10 więc powinno być ok. Najlepsze jest to, że chyba wszystkie (albo prawie wszystkie) zajęcia mamy razem więc jeden drugiego budzić nie będzie.
Daga mnie wkurwia. Lubię z nią flirtować, lubię ją w ogóle jako taką, ale przyjdzie taki jeden raz, że mnie wkurwi i łapię niechęć do niej na kilka dni. Potem pisze coś w stylu “kiedy ja was zrozumiem” albo coś w ten deseń. Wydaje mi się, że jest ona laską, którą mógłbym traktować jako poważną kandydatkę na wspólniczkę niedoli (jakie to romantyczne) ale te pierdoły, którymi mnie wkurwia doprowadzają mnie do szału. Jak ktoś nie umie pojąć, że nie mam ochoty rozmawiać, że jestem z natury małomówny to niech chociaż się nie obraża o wszystko.
Byłem dzisiaj na szkoleniu BHP u pani Asi. Przezajebista kobitka. Najpierw zbeształa mnie, że tankuję gaz bez uprawnień, ale potem sobie bardzo miło rozmawialiśmy. Godzina minęła jak z chuja strzelił.
W robocie ok, wczoraj jakiś pijak chciał mnie pobić bo mu powiedziałem, że ma kurtkę na lewą stronę, opowiedział mi o super service (chyba chodziło mu o secret service, chociaż w sumie nie wiem o co mu chodziło… jednostka, której celem jest, żeby królowa angielska była dumna… secret service to amerykańska ochrona prezydenta, więc właściwie nie wiem o chuj mu chodziło)
Na uczelni ok. Większość zajęć mam z Tomkiem z elektroniki, już się zaczęło niełażenie na wykłady, więc jest w normie. Jak nie mam z Tomkiem to jeszcze jest Bartek, koleś z własną firmą i własnym mieszkaniem, którego, kuźwa, podziwiam.
Te wypociny zakończę w tym punkcie i wskoczę pod świeżo naprawiony prysznic odświeżyć się przed pracą. Miłej nocy, mnie czeka zapierdalanie we dwoje na nocy piątkowej, więc kororowo ]:->
Druga rocznica końca świata
20 wrzesień 2008
Do tej pory nie mogę uwierzyć, że coś tak doskonałego mogło przestać trwać.
Specjalne podziękowania dla pani Basi za trzymanie mnie swoimi mykami po właściwej stronie.
Moja zajebista była
3 sierpień 2008
Spadówa se wpadła na weekend z Filipem. Zaczęło się od tego, że obudziłem się o wpół do jedenastej, popatrzyłem na chlew jaki miałem w pokoju, stwierdziłem, że muszę posprzątać, po czym włączyłem Prince of Persia i sobie przeszedłem drugie pół gry. W końcu 2 godziny przed planowanym opuszczeniem pokoju celem odebrania tych esioków z dworca wziąłem się za sprzątanie i nawet mi się udało. Natalia przywitała pokój stwierdzeniem (pełnym szoku) “jak tu czysto!”. Filip okazał się świetnym kolesiem, z którym szybko znalazłem wspólny język. Pokazałem mu half life’a bo nie widział (jak on mógł!) i poszliśmy rozpalać grilla. Skończyło się na tym, że rzuciliśmy węgiel, podpałkę i poszliśmy grać w ping ponga. Jak w końcu przypomnieliśmy sobie o grillu był już prawidłowo rozpalony i można było kłaść na nim mięso. Położyliśmy i wróciliśmy do stołu grać dalej. Wypiliśmy szampana
Za nowe życie. Moje bez pizdusia i wasze razem.
I graliśmy. W miarę picia coraz większe matrixy odchodziły (nie chce mi się tłumaczyć na czym polegały matrixy, ale były fajne) ale nauczyliśmy się grać i nawet piłka czasem trafiała w stół. Wróciliśmy do grilla, zeżarliśmym, położyliśmy następne i poszedłem z Filipem na stację po szlugi. Pogadaliśmy sobie trochę po drodze, wróciliśmy, piliśmy, jedliśmy, paliliśmy i gadaliśmy jak jeszcze nigdy z nikim nie gadałem. Bardzo poważne tematy w bardzo luźnej atmosferze otwartości i zrozumienia. Coś wspaniałego. Tekst wieczoru
Widziałem jak patrzysz na pizdusia!
Dopiliśmy alko, Natalia zrobiła sobie drinka (znaczy wymieszała sok z wódą) i poszliśmy na fontannę. Po drodze znaleźliśmy wózek z carefourra, wsadziliśmy do niego Spadówę (właściwie sama wlazła) i ją woziliśmy. Niestety alkohol negatywnie wpływa na moją percepcję linii prostych i wózek z Natalią dachował na trawniku. Rano się pytała czemu ma takie brudne spodnie xD. Doszliśmy do fontanny, okazało się, że ta zajebista koło przyrodniczego po północy jest wyłączana i zobaczyliśmy tylko mokre płyty chodnikowe. Poszliśmy na fontanny politechniczne, stanęliśmy nad nimi, nabrałem sobie wody do kubka, wypiłem kilka łyków a resztę wylałem Natalii na głowę. Oczywiście nie pozostała mi dłużna i po chwili obytroje byliśmy cali mokrzy. Podczas jakiejś szarpaniny kubek się stłukł. Szkoda mi go, ale trudno – świat się nie skończył. Potem Filip postanowił zrobić coś szalonego i położył się centralnie na dyszach fontanny a Natalia na nim. Zrobiłem im kilka zdjęć i poszliśmy dalej schnąć. Przeszliśmy przez teren polibudy, nosiliśmy na zmianę Natalię na barana bo jej się nie chciało chodzić, potem jej się zachciało skakać po jakichś krawężnikach wystających. Byłem najbliżej i najprzytomniej więc ją asekurowałem co nie zmieniła faktu, że i tak się wyjebała. Doszliśmy do szczytnickiego, przeszliśmy przez otwarte ogrodzenie i przeszliśmy sobie zamkniętym mostem. Żadne powalające emocjami uczucie, w przeciwieństwie do przełażenia przez chybotliwy płot po drugiej stronie. Zrobiłem sobie na nim dziurkę w ręce i dzisiaj ganiam w plastrze. Wróciliśmy do domu, dopiliśmy resztkę wódki (znaczy ja dopiłem, oni już nie chcieli) pozbieraliśmy się, po drodze odkrywając, że zniknęła jedna tacka z karkówką (jak się okazało była to zorganizowana akcja pies – kot: kot zrzucił pies zeżarł (nie chce mi się wierzyć, żeby ten leniwiec był w stanie wskoczyć na stół, to musiał być kot)). Wróciliśmy do pokoju, ogarnęliśmy się z deka i Natalia poszła pod prysznic. Po chwili dołączył do niej Filip, po czym ona wróciła a on został. Usiedliśmy obok siebie i zaczęliśmy oglądać film. W pewnym momencie ona (obiecałem, że będę o niej mówił w trzeciej osobie w jej obecności) przytuliła się do mnie i podziękowała, cholera wie za co (tłumaczenie “za wszystko” jest dla mnie średnio wyjaśniające). Odwzajemniłem uścisk i przez jakieś 5 minut siedzieliśmy przytuleni i oglądaliśmy film. W pewnym momencie stwierdziłem
- to chyba nie jest dobry pomysł
- no chyba nie
po czym odsunęliśmy się od siebie na kilka cm i oglądaliśmy film normalnie. Wrócił Filip, spać mu się chciało, onej też to wyłączyłem film i legliśmy. Oczywiście dopadła mnie bezsenność i o piątej książkę czytałem próbując się nie zakwiczeć z deszczu sardynek w puszkach (Pratchett rządzi). Z łóżek zwlekliśmy się o przerażającej godzinie ósmej rano i poszliśmy z Fi do sklepu. Kupiliśmy picie, podrzędne żarcie i przez kolejne 2 godziny próbowaliśmy znaleźć czynną knajpę z żarciem na telefon. W końcu się poddaliśmy i udaliśmy się do Bravo celem konsumpcji pizzy, która była zajebista. Na koniec wróciliśmy do domu, sprawdziliśmy połączenia i momentalnie zerwaliśmy się jechać na pkp. Dojechaliśmy, posiedzieliśmy na peronie, uściskaliśmy się na pożegnanie i tyle.
Ten wieczór przyniósł kilka refleksji i nowych dla mnie informacji. Nie mówię tu o dręczących mnie w bezsenne noce demonach przeszłości tylko o tym co mi Natalia powiedziała. Na dzień dzisiejszy mam tylko ją i miotłę (z zasady pisane z małej litery). Kasia się nie odzywa i pewnie jeśli w ogóle to szybko się nie odezwie, Fle jest praktycznie nieosiągalna, więc z przyjaciółmi idę zdecydowanie na jakość a nie na ilość. Zajebiście udany weekend. Tyle powiem.
Dźwięczność
29 lipiec 2008
Nadal nie wiem za co Kasia się na mnie obraziła, ale wiem za co jest wściekła (no, że jej posłuchałem i naprawdę poszedłem)
W sumie powinienem być jej dźwięczny… znaczy wdzięczny, bo dzięki niej poznałem przeuroczą dziewczynę. A wszystko zaczęło się około 13.15 na peronie pierwszym wrocławskiego dworca głównego.
Wczoraj próbowałem się dodzwonić do młodej, dowiedzieć się czy dojechała (zgodnie z zasadą “to, że się pokłóciliśmy nie oznacza, że nagle przestałem Cię kochać i się o Ciebie martwić”) ale nie odbierała telefonu. Napisałem sms, ale, co było do przewidzenia, nie odpisała. Dzisiaj zmieniłem taktykę i dzwoniłem z zastrzeżonego, najpierw stojąc na peronie zadzwoniłem raz, ze skutkiem marnym, później zadzwoniłem siedząc już w przedziale z – wtedy jeszcze – jakąś laską. Dodzwoniłem się:
- słucham?
- dzięki, że dałaś znać, że dojechałaś
- nie ma za co
- to, że się pokłóciliśmy…
W tym momencie się rozłączyła. Zamykając telefon rzuciłem twardym męskim słowem określającym kobietę lekkich obyczajów co uśmiechnęło moją towarzyszkę podróży. Zgęściłem jej temat i rozmowa sama potoczyła się dalej. Z początku myślałem, że strzeliłem sobie w stopę tekstem:
Jakby to była dziewczyna to bym się nie przejął, ale, że to przyjaciółka to poważna sprawa.
Potem stwierdziłem, że to najlepiej o mnie nie świadczy, ale powiedziała, że to ok, bo ona sama wie jakie są kobiety i dlatego sie z nimi nie koleguje. Paulina okazała się studentką medycyny ze Szczecina, z bardzo, ale to bardzo charakterystycznym poczuciem humoru (które mi się bardzo, ale to bardzo podoba):
- nie wie o co się obraziła, ale okres miała, więc to mogło być cokolwiek
- no, my takie jesteśmy jak nam się złuszcza endometrium
- co?
- no jak miesiączkę mamy, wybacz zboczenie medyczne.
- no domyśliłem się, ale powtórz, bo to dobre było
Gadaliśmy sobie o studiach, o laskach z pielęgniarstwa, o jej praktykach (podczas amputacji krew się lała lepiej niż u Tarantino). Inne perełki:
Kobieta składa się z nastrojów i miesiączek
Rozmowa o mojej okolicy:
- a w Boszkowie będzie Euforia [festiwal, a raczej festyn "muzyki klubowej"]
- wow
- ja wiem, czy takie wow? Jak patrzę na skład…
- to było ironiczne wow
- aha, widzisz w tej chwili nie zauważyłbym ironii nawet jakbyś uderzyła mnie nią w twarz
- znaczy muszę uderzyć cię w twarz, żebyś zrozumiał?
- to była ironia
- nie zrozumiałam, musisz uderzyć mnie w twarz.
Wykazała się również wysokim poziomem wiedzy dot. świata i jego realiów:
- kobiety to zło.
Nastała chwila ciszy, spytałem więc:
- już się obraziłaś?
- nie, to prawda jest.
Ale jak każdy oblała test na spostrzegawczość:
- nie słuchasz mnie.
- jak to nie? Słucham cały czas
- pół godziny temu powiedziałem, że jestem jedynakiem, a teraz od razu zaakceptowałaś informację, że mam siostrę
- a faktycznie. To masz siostrę czy jesteś jedynakiem?
Wyjaśniłem całą sprawę i zostałem zbesztany w pewnym sensie. Na pożegnanie, gdy zapisywałem jej numer, upewniłem się, czy dobrze zapamiętałem jej imię:
- Paulina, tak?
- Filip, tak?
- Tak.
- Widzisz? Słucham cię cały czas.
To upewnianie się było głupie, ale po tym co kiedyś odwaliłem w chlewie wolę dmuchać na zimne. Retrospekcja:
Wchodzę z wtedy-jeszcze-kiślem do kuchni, gdzie siedzą jakieś dwie laski ( w szerokim tego słowa znaczeniu ). Witamy się, przedstawiamy się sobie, wracamy do pokoju a ja zadaję pytanie:
- jak one miały?
Fajnie było, zobaczymy jak się znajomość rozwinie bo zapowiada się zaprawdę interesująco.
Uzależnienie
28 lipiec 2008
Jestem uzależniony od czułości i zawsze jestem na głodzie bo samotność to moje drugie imię. 2 lata temu straciłem jedyną prawdziwą miłość i mam pozamiatane, wciąż uczę się żyć bez niej, ale nie potrafię. Przeraża mnie wszystko. Przeraża mnie przyszłość, praca, nowi ludzie, których poznam zaczynając studia od nowa, przeraża mnie to, że znowu wezmę się za jakąś łajzę i stracę tylko czas usiłując ją pokochać jednocześnie wiedząc doskonale, że nikogo nie pokocham dopóki nie wygonię demonów, które siedzą we mnie od dwóch lat. “Dni, których nie znamy” od tego wszystko się zaczęło, do tej pory słysząc tę piosenkę tracę nad sobą kontrolę, staram się tej piosenki po prostu nie słuchać.
Przez ostatnie 4 dni była u mnie Kaś. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Skończyło się na tym, że codziennie przez pół dnia ona siedziała przy kompie, gadała na gg, przeglądała bahu i epulsa a ja nie miałem co ze sobą zrobić. Później się dowiedziałem, że ona siedziała przy kompie bo ja leżałem, albo czytałem książkę (chociaż byłem przekonany, że jest na odwrót, tj. ja leżę i czytam bo ona siedzi przy kompie i nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Olałem to bo później było fajnie. W piątek przyjechała, odebrałem ją z dworca (jak już w końcu znalazłem ją na peronie) i poszliśmy do domu. Po drodze zjadłem sobie knyszę, czym wprawiłem młodą w stan skrajnego obrzydzenia. W domu ona siedziała przy kompie a ja przy niej i nabijaliśmy się z emo na epulsie i z jej znajomych na gg. Po 21 przyszedł sąsiad i obejrzeliśmy film. Dziwnie się zachowywał, przy niej się praktycznie nie odzywał, a wypadałoby, żeby po tym co ostatnio z nią wyczyniał powiedział jej chociaż “cześć”. W sobotę wstaliśmy koło 10, ona siedziała przy kompie a ja czułem się olany. Po południu poszliśmy do miasta na obiad i spacer i wylądowaliśmy w KFC (ku wielkiemu mojemu niezadowoleniu). Nie najadłem się, ale za to napiłem jak dzik. Pogadaliśmy, było miło. Wieczorem poszliśmy na fontannę koło przyrodniczego, gdzie jedliśmy ogórki konserwowe i chlapaliśmy się wodą. To było po prostu niesamowite. Po powrocie do domu siedzieliśmy se i robiliśmy se jaja z ludzi. W niedzielę od rana miałem doła – młoda zostawiała mi za dużo czasu na myślenie. Uświadomiłem sobie, że nie mam kompletnie nikogo, z kim w razie “W” mógłbym pogadać, wyżalić się czy nie wiem, przytulić. Kasię to strasznie wkurzało, ale nie zrobiła nic, żeby mnie z tego doła wyciągnąć – wręcz przeciwnie: miała pretensje i marudziła. Poszliśmy w końcu na obiad do chińskiej knajpy i jedliśmy pałeczkami(lansik, lansik). Wtedy już wszystko było dobrze, wygadałem się (zero prób pocieszania, może i lepiej, chociaż…). Łaziliśmy potem po mieście, byliśmy na wyspie słodowej po ciemku oglądać miasto, śmialiśmy się z ludzi, wyzywaliśmy się
- jesteś chujem
- jesteś gównem!
Potem poszliśmy z ogórkami na fontannę, ale już nie było tak fajnie jak dzień wcześniej, jakoś głupio lała. W drodze powrotnej postanowiłem się wyegzaltować i powiedziałem coś w stylu:
Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i siostrą, dziękuję, że jesteś i mimo, że cały dzień mnie olewasz i siedzisz przy kompie to jesteś cudowna i kocham cię
Na co zamiast zwykłego “ja ciebie też” usłyszałem “jesteś przekutasem”, które uznałem za odpowiedź równorzędną. Dzisiaj, tj w poniedziałek wyszliśmy z domu wcześniej, poszliśmy do ogrodu japońskiego a następnie do sklepu orientalnego i chińskiej knajpy. Obiecałem Kasi, że kupię jej arafatkę, ale były tak skurwysyńsko drogie, że nie miałem tyle kasy i jej nie kupiłem. Połaziliśmy jeszcze po arkadach i dwie godziny przed odjazdem byliśmy na dworcu. Kupiłem młodej bilet (za jej pieniądze) dałem jej resztę i wywiązała się rozmowa:
- To teraz idziemy na lody do mcdonalda i na picie do kfc – zaproponowałem
- do macdonalda na frytki
- dobra, ale ty stawiasz
- sama sobie kupię
- no dzięki, jesteś egoistką wiesz? // jakby nie patrzeć przez ostatnie 4 dni kupowałem jej wszystko – bilety, jedzenie, picie, ogórki
- i kto to mówi, jesteś chujem
- mam sobie iść?
- idź
- no to idę, cześć – zacząłem iść przed nią
- oddaj mi plecak
- a no tak, zapomniałem – podałem jej plecak – naprawdę mam sobie iść?
- tak, idź
Wyszedłem z dworca, kupiłem sobie wodę, wypiłem, dałem jej chwilę na ochłonięcie i wróciłem do niej
- miałeś sobie iść – powitała mnie
- nie chciałem. O co ci chodzi?
- o gówno. Idź sobie.
I poszedłem. Antyś twierdzi, że albo chodzi o tę arafatkę(niedotrzymana obietnica), albo o to, że cała ta przyjaźń była o kant dupy rozbić. Jeśli chodzi o niedotrzymane obietnice to Kaś mnie przebiła (doliczyłem się 3, pewnie jakbym się zastanowił to bym więcej znalazł). W zasadzie nie wiem o co poszło, nie wiem czy Antyś ma rację, mam nadzieję, że obie opcje są błędne i chodziło cholera wie o co, rozchwianie emocjonalne albo coś. Podejrzewam, że to oznacza koniec naszej przyjaźni, ale z nami różnie bywało, więc nie warto nic przedwcześnie zakładać. Mam tylko nadzieję, że dowiem się o co poszło bo wizja “nasza przyjaźń była warta 36 zł” jest dla mnie tak samo chujowa jak wizja “nasza przyjaźń nie istniała”.
Wszystko to podsumowuję krótko: kochanie nie wychodzi mi na dobre: 4 dni starania się być najlepszym przyjacielem i bratem, za które otrzymałem 4 dni olewania mnie, wydawania mojej kasy i “idź sobie” na pożegnanie.
Zmiana otoczenia
21 lipiec 2008
Zmieniłem otoczenie w stopniu drastycznym. Pizduś się wyprowadził i cholernie dobrze mi z tym. Odkryłem na nowo uroki mieszkania w pojedynkę – spotkania z kim się chce, siedzenie do której się chce, słuchanie i oglądanie czego się chce. Słowem “co się chce”. Odkąd nie dałem Pizdusiowi się wyspać Pizdusiowa się do mnie nie odzywa, powiem więcej w dupie się jej przewróciło. Fragment rozmowy (pisane z pamięci)
- jesteś okropny, zraniłeś mnie (blablabla – przyp. autora) tęsknię za Tobą
- (blablabla streszczające się do “co ty pierdolisz”) myślałem, że nie chcesz ze mną gadać to się nie odzywałem.
- (blablabla sprowadzające się do “myślałam, że ty ze mną nie chcesz”) blablabla
- (blablabla sprowadzające się do blablabla) powiedz co u Ciebie?
- Tak po prostu pytasz jakby nigdy nic?
- Dobra to nie mów.
Myślę, że to ostatecznie zakończyło naszą znajomość.
Pizduś praktycznie się do mnie nie odzywał, ale pod koniec naszego wspólnego mieszkania zaczął mieć jakieś _kurwa_ wąty, które oczywiście zamiast kierować do mnie wyżalał swojej Ewuni i pisał o tym na swoim blogasku (bo inaczej tego gówna nie można było nazwać). Żale dotyczyły tego, że żałuję mu miejsca na kompie (wypierdoliłem jego chujowe gry i ustawiłem przydziały dyskowe, które były bezczelnie niskie). Inna sprawa, że załowałem mu tego miejsca a inna, że przez ten rok nie usłyszałem nigdy “dziękuję” za to, że w ogóle pozwalam mu dotykać mojego kompa instalować jakieś chujstwa i zajmować mi go, kiedy chciałem z niego skorzystać. Nie przychodzi mi do głowy słowo, które nadawałoby się do określenia tego co o takim zachowaniu myślę… a! niewdzięczność. Jedyne co słyszałem to pretensje. Grał od rana w jakieś chujstwo, w końcu przypomniał sobie, żeby ze swoją pogadać i jak po 10 minutach powiedziałm, żeby zszedł to takim oburzonym tonem spytał “już?”. Ale muszę przyznać, że sprawiło mi to dziką satysfakcję, bo wyglądał jakbym ujebał mu skrzydła tępą żyletką. To już był ten czas, że go nie lubiłem. Dlaczego? O tym w kolejnym odcinku pod tytułem “spiczenie”.
Ciąg dalszy zmian. Przestaję spotykać się z Pizdusiem, Markiem i Serkiem i zmieniam swoje otoczenie na nieco bardziej inteligentne i zabawne. Nowa ekipa to dwa Krzyśki, Dorota i Ania. Kursujemy po jakichś dziwnych imprezach, pijemy, rozmawiamy, wygłupiamy się, śmiejemy. Z naciskiem na śmiejemy. Nowe towarzystwo sprawiło, że jakby na nowo odżyłem i stałem się szczęśliwszy. Zmieniłem nr gg i aqq, oraz jid i teraz mam na liście około 15 osób (kontaktów nieco więcej, ale nie liczę duplikatów (gg/aqq/jabber) i infobota. Przeniosłem bloga i podam adres tylko ludziom, którzy coś dla mnie znaczą i tym, którzy mnie nie znają. I tyle. Mała zmiana a cieszy.
Są też sprawy, które się nie zmieniły. Nadal mam swoje durne baby – Myśkę, miotłę i Fle. Doszła mi do nich Ada, która jakimś cudem znosi moje humory i Karolina – tegoroczna debiutantka studencka, z którą zamierzam niejednego browara wychylić. Lenka niestety wyjechała, więc tak jakby jej nie było…