Dźwięczność
29 lipiec 2008
Nadal nie wiem za co Kasia się na mnie obraziła, ale wiem za co jest wściekła (no, że jej posłuchałem i naprawdę poszedłem)
W sumie powinienem być jej dźwięczny… znaczy wdzięczny, bo dzięki niej poznałem przeuroczą dziewczynę. A wszystko zaczęło się około 13.15 na peronie pierwszym wrocławskiego dworca głównego.
Wczoraj próbowałem się dodzwonić do młodej, dowiedzieć się czy dojechała (zgodnie z zasadą “to, że się pokłóciliśmy nie oznacza, że nagle przestałem Cię kochać i się o Ciebie martwić”) ale nie odbierała telefonu. Napisałem sms, ale, co było do przewidzenia, nie odpisała. Dzisiaj zmieniłem taktykę i dzwoniłem z zastrzeżonego, najpierw stojąc na peronie zadzwoniłem raz, ze skutkiem marnym, później zadzwoniłem siedząc już w przedziale z – wtedy jeszcze – jakąś laską. Dodzwoniłem się:
- słucham?
- dzięki, że dałaś znać, że dojechałaś
- nie ma za co
- to, że się pokłóciliśmy…
W tym momencie się rozłączyła. Zamykając telefon rzuciłem twardym męskim słowem określającym kobietę lekkich obyczajów co uśmiechnęło moją towarzyszkę podróży. Zgęściłem jej temat i rozmowa sama potoczyła się dalej. Z początku myślałem, że strzeliłem sobie w stopę tekstem:
Jakby to była dziewczyna to bym się nie przejął, ale, że to przyjaciółka to poważna sprawa.
Potem stwierdziłem, że to najlepiej o mnie nie świadczy, ale powiedziała, że to ok, bo ona sama wie jakie są kobiety i dlatego sie z nimi nie koleguje. Paulina okazała się studentką medycyny ze Szczecina, z bardzo, ale to bardzo charakterystycznym poczuciem humoru (które mi się bardzo, ale to bardzo podoba):
- nie wie o co się obraziła, ale okres miała, więc to mogło być cokolwiek
- no, my takie jesteśmy jak nam się złuszcza endometrium
- co?
- no jak miesiączkę mamy, wybacz zboczenie medyczne.
- no domyśliłem się, ale powtórz, bo to dobre było
Gadaliśmy sobie o studiach, o laskach z pielęgniarstwa, o jej praktykach (podczas amputacji krew się lała lepiej niż u Tarantino). Inne perełki:
Kobieta składa się z nastrojów i miesiączek
Rozmowa o mojej okolicy:
- a w Boszkowie będzie Euforia [festiwal, a raczej festyn "muzyki klubowej"]
- wow
- ja wiem, czy takie wow? Jak patrzę na skład…
- to było ironiczne wow
- aha, widzisz w tej chwili nie zauważyłbym ironii nawet jakbyś uderzyła mnie nią w twarz
- znaczy muszę uderzyć cię w twarz, żebyś zrozumiał?
- to była ironia
- nie zrozumiałam, musisz uderzyć mnie w twarz.
Wykazała się również wysokim poziomem wiedzy dot. świata i jego realiów:
- kobiety to zło.
Nastała chwila ciszy, spytałem więc:
- już się obraziłaś?
- nie, to prawda jest.
Ale jak każdy oblała test na spostrzegawczość:
- nie słuchasz mnie.
- jak to nie? Słucham cały czas
- pół godziny temu powiedziałem, że jestem jedynakiem, a teraz od razu zaakceptowałaś informację, że mam siostrę
- a faktycznie. To masz siostrę czy jesteś jedynakiem?
Wyjaśniłem całą sprawę i zostałem zbesztany w pewnym sensie. Na pożegnanie, gdy zapisywałem jej numer, upewniłem się, czy dobrze zapamiętałem jej imię:
- Paulina, tak?
- Filip, tak?
- Tak.
- Widzisz? Słucham cię cały czas.
To upewnianie się było głupie, ale po tym co kiedyś odwaliłem w chlewie wolę dmuchać na zimne. Retrospekcja:
Wchodzę z wtedy-jeszcze-kiślem do kuchni, gdzie siedzą jakieś dwie laski ( w szerokim tego słowa znaczeniu ). Witamy się, przedstawiamy się sobie, wracamy do pokoju a ja zadaję pytanie:
- jak one miały?
Fajnie było, zobaczymy jak się znajomość rozwinie bo zapowiada się zaprawdę interesująco.
Uzależnienie
28 lipiec 2008
Jestem uzależniony od czułości i zawsze jestem na głodzie bo samotność to moje drugie imię. 2 lata temu straciłem jedyną prawdziwą miłość i mam pozamiatane, wciąż uczę się żyć bez niej, ale nie potrafię. Przeraża mnie wszystko. Przeraża mnie przyszłość, praca, nowi ludzie, których poznam zaczynając studia od nowa, przeraża mnie to, że znowu wezmę się za jakąś łajzę i stracę tylko czas usiłując ją pokochać jednocześnie wiedząc doskonale, że nikogo nie pokocham dopóki nie wygonię demonów, które siedzą we mnie od dwóch lat. “Dni, których nie znamy” od tego wszystko się zaczęło, do tej pory słysząc tę piosenkę tracę nad sobą kontrolę, staram się tej piosenki po prostu nie słuchać.
Przez ostatnie 4 dni była u mnie Kaś. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Skończyło się na tym, że codziennie przez pół dnia ona siedziała przy kompie, gadała na gg, przeglądała bahu i epulsa a ja nie miałem co ze sobą zrobić. Później się dowiedziałem, że ona siedziała przy kompie bo ja leżałem, albo czytałem książkę (chociaż byłem przekonany, że jest na odwrót, tj. ja leżę i czytam bo ona siedzi przy kompie i nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Olałem to bo później było fajnie. W piątek przyjechała, odebrałem ją z dworca (jak już w końcu znalazłem ją na peronie) i poszliśmy do domu. Po drodze zjadłem sobie knyszę, czym wprawiłem młodą w stan skrajnego obrzydzenia. W domu ona siedziała przy kompie a ja przy niej i nabijaliśmy się z emo na epulsie i z jej znajomych na gg. Po 21 przyszedł sąsiad i obejrzeliśmy film. Dziwnie się zachowywał, przy niej się praktycznie nie odzywał, a wypadałoby, żeby po tym co ostatnio z nią wyczyniał powiedział jej chociaż “cześć”. W sobotę wstaliśmy koło 10, ona siedziała przy kompie a ja czułem się olany. Po południu poszliśmy do miasta na obiad i spacer i wylądowaliśmy w KFC (ku wielkiemu mojemu niezadowoleniu). Nie najadłem się, ale za to napiłem jak dzik. Pogadaliśmy, było miło. Wieczorem poszliśmy na fontannę koło przyrodniczego, gdzie jedliśmy ogórki konserwowe i chlapaliśmy się wodą. To było po prostu niesamowite. Po powrocie do domu siedzieliśmy se i robiliśmy se jaja z ludzi. W niedzielę od rana miałem doła – młoda zostawiała mi za dużo czasu na myślenie. Uświadomiłem sobie, że nie mam kompletnie nikogo, z kim w razie “W” mógłbym pogadać, wyżalić się czy nie wiem, przytulić. Kasię to strasznie wkurzało, ale nie zrobiła nic, żeby mnie z tego doła wyciągnąć – wręcz przeciwnie: miała pretensje i marudziła. Poszliśmy w końcu na obiad do chińskiej knajpy i jedliśmy pałeczkami(lansik, lansik). Wtedy już wszystko było dobrze, wygadałem się (zero prób pocieszania, może i lepiej, chociaż…). Łaziliśmy potem po mieście, byliśmy na wyspie słodowej po ciemku oglądać miasto, śmialiśmy się z ludzi, wyzywaliśmy się
- jesteś chujem
- jesteś gównem!
Potem poszliśmy z ogórkami na fontannę, ale już nie było tak fajnie jak dzień wcześniej, jakoś głupio lała. W drodze powrotnej postanowiłem się wyegzaltować i powiedziałem coś w stylu:
Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i siostrą, dziękuję, że jesteś i mimo, że cały dzień mnie olewasz i siedzisz przy kompie to jesteś cudowna i kocham cię
Na co zamiast zwykłego “ja ciebie też” usłyszałem “jesteś przekutasem”, które uznałem za odpowiedź równorzędną. Dzisiaj, tj w poniedziałek wyszliśmy z domu wcześniej, poszliśmy do ogrodu japońskiego a następnie do sklepu orientalnego i chińskiej knajpy. Obiecałem Kasi, że kupię jej arafatkę, ale były tak skurwysyńsko drogie, że nie miałem tyle kasy i jej nie kupiłem. Połaziliśmy jeszcze po arkadach i dwie godziny przed odjazdem byliśmy na dworcu. Kupiłem młodej bilet (za jej pieniądze) dałem jej resztę i wywiązała się rozmowa:
- To teraz idziemy na lody do mcdonalda i na picie do kfc – zaproponowałem
- do macdonalda na frytki
- dobra, ale ty stawiasz
- sama sobie kupię
- no dzięki, jesteś egoistką wiesz? // jakby nie patrzeć przez ostatnie 4 dni kupowałem jej wszystko – bilety, jedzenie, picie, ogórki
- i kto to mówi, jesteś chujem
- mam sobie iść?
- idź
- no to idę, cześć – zacząłem iść przed nią
- oddaj mi plecak
- a no tak, zapomniałem – podałem jej plecak – naprawdę mam sobie iść?
- tak, idź
Wyszedłem z dworca, kupiłem sobie wodę, wypiłem, dałem jej chwilę na ochłonięcie i wróciłem do niej
- miałeś sobie iść – powitała mnie
- nie chciałem. O co ci chodzi?
- o gówno. Idź sobie.
I poszedłem. Antyś twierdzi, że albo chodzi o tę arafatkę(niedotrzymana obietnica), albo o to, że cała ta przyjaźń była o kant dupy rozbić. Jeśli chodzi o niedotrzymane obietnice to Kaś mnie przebiła (doliczyłem się 3, pewnie jakbym się zastanowił to bym więcej znalazł). W zasadzie nie wiem o co poszło, nie wiem czy Antyś ma rację, mam nadzieję, że obie opcje są błędne i chodziło cholera wie o co, rozchwianie emocjonalne albo coś. Podejrzewam, że to oznacza koniec naszej przyjaźni, ale z nami różnie bywało, więc nie warto nic przedwcześnie zakładać. Mam tylko nadzieję, że dowiem się o co poszło bo wizja “nasza przyjaźń była warta 36 zł” jest dla mnie tak samo chujowa jak wizja “nasza przyjaźń nie istniała”.
Wszystko to podsumowuję krótko: kochanie nie wychodzi mi na dobre: 4 dni starania się być najlepszym przyjacielem i bratem, za które otrzymałem 4 dni olewania mnie, wydawania mojej kasy i “idź sobie” na pożegnanie.
O przeglądarkach słów kilka.
24 lipiec 2008
Moim zdaniem Opera jest najlepszą przeglądarką.
Część tego zdania jest pogrubiona, bo tak naprawdę tylko ona jest ważna. Nużą mnie już te flejmy na forach i w komentarzach na wykopie o tym, która przeglądarka jest najlepsza. Tak samo jak nużą mnie dyskusje o najlepsze systemy operacyjne i cokolwiek najlepszego. Fajboje gotowi są wydrapać sobie nawzajem oczy broniąc swoich racji. Zamierzam się wypowiedzieć dlaczego lubię tę a nie lubię innych przeglądarek.
Na początek chciałbym zastosować dość obrazowe porównanie przeglądarek internetowych – porównać je do systemów operacyjnych.
Internet Explorer = Windows – niby wszystko jest, ale jednak czegoś brakuje.
Opera = MacOS – instalujesz i masz wszystko.
Firefox = Linux – instalujesz i nie masz prawie nic, dopóki nie doinstalujesz tego, co uważasz za przydatne.
Odkąd pierwszy raz użyłem Maca jestem macentuzjastą, mimo, że mnie na komputer tej firmy nie stać i mimo, że pewnie bym go nie kupił bo jestem nałogowym graczem, a gier na Maca jest mało. W MacOS podoba mi się to, że jest tam wszystko i to wszystko na wysokim poziomie. Taka sama jest Opera.
Powody, dla których wolę Operę:
1. Wydajność – Opera działa bezproblemowo nawet na bardzo słabych komputerach. Mam w domu truchło – 300MHz procesor, 32MB pamięci RAM, Windows 98 (tak, wiem, że Linuks lepiej się nadaje na taki sprzęt, ale nie znam tego systemu na tyle, żeby uruchomić pod nim moje wifi, więc nic z tego). W momencie, w którym zacząłem korzystanie z tamtego komputera byłem nałogowym użytkownikiem Firefoxa i nie wyobrażałem sobie używania innej przeglądarki. Chcą zainstalować swój ukochany browser na komputerze przeżyłem straszliwe rozczarowanie – Firefox padł już na etapie instalacji. Niezrażony niepowodzeniem zainstalowałem Operę (której zdarzało mi się używać już kiedyś) i przeżyłem szok – działała bezproblemowo. Później wpakowałem do kompa dodatkowy RAM, ale już nie chciałem zostawiać Opery. Wersja 9.5 zwaliła mnie z krzesła bo była jeszcze szybsza od poprzedniczki, a 9.51 miała poprawiony koszmarny błąd pojawiający się przy pobieraniu i wyeliminowała irytujące okienko dotyczące jakiejś systemowej biblioteki. Oczywiście w porównaniu użycia pamięci konfrontację Opera – Firefox lisek przegrywa z kretesem.
2. Ma w sobie wszystko – Oczywiście dowolny użytkownik Firefoxa powie mi, że Firefox też ma wszystko, tylko trzeba zainstalować wtyczki. Będzie miał rację mówiąc to, ale ja nie chcę instalować wtyczek. Ja chcę mieć potrzebne funkcje od razu. Chyba wszyscy się zgodzimy, że wejście w ustawienia i zaznaczenie checkboxa przy jakiejś opcji jest szybsze niż ściągnięcie i zainstalowanie wtyczki (dodatkowo nie wymaga restartu przeglądarki). Poza tym niektóre wtyczkowane opcje działają się tak, że pożal się Boże (o ile w ogóle istniejesz)
Jest oczywiście kilka wtyczek do Firefoxa, które sprawiły, że nie chciałem używać opery. W sumie były, dwie: Google Browser Sync i Google Notepad Plugin. W tej chwili dzięki Opera Link tamte wtyczki odeszły w niepamięć (zresztą Google i tak dało dupy, bo nie działały w becie Fx 3).
Moment krytyczny.
Chwilą, w której całkowicie przesiadłem się na Operę i porzuciłem Firefoxa był moment, w którym Fx tak po prostu, sam z siebie przestał działać.
Jednak wróćmy do sedna. Tak naprawdę nie jest ważne jakiej przeglądarki używasz, a jedynie jak do tego podchodzisz. Dla jednego przeglądarka jest kwestią honoru (“Używam Firefoxa bo jest open source!!!!111″), dla całej reszty (w tym dla mnie) kwestią wygody. I tak jak ci pierwsi będą się kłócić na forach (bo ktoś w internecie się myli!) tak ci drudzy poczytają flejm, uśmieją się do łez i dalej będą używać swojej przeglądarki. W zasadzie wszyscy zyskują: fanboje utwierdzą siebie nawzajem w jedynym słusznym wyborze, trolle się pokłócą a osoby bez zdania być może spróbują alternatywy i odkryją coś dla siebie w przeglądarce, do której wcześniej by nie zajrzeli.
Prawda jest jak dupa – każdy ma swoją i tak samo jest z przeglądarkami. Liczy się to, co jest wygodne dla nas, a inni niech robią co chcą.
PS.
Nie mówiłem zbyt wiele o Safari i Internet Explorerze, bo w zasadzie te przeglądarki ta “wojna” omija.
PS.2
Osoby znające mnie i moje skłonności do wywoływania przeglądarkowych kłótni – dla mnie to jest zabawa i sposób na sprawdzenie kto myśli, a kto nie.
Zmiana otoczenia
21 lipiec 2008
Zmieniłem otoczenie w stopniu drastycznym. Pizduś się wyprowadził i cholernie dobrze mi z tym. Odkryłem na nowo uroki mieszkania w pojedynkę – spotkania z kim się chce, siedzenie do której się chce, słuchanie i oglądanie czego się chce. Słowem “co się chce”. Odkąd nie dałem Pizdusiowi się wyspać Pizdusiowa się do mnie nie odzywa, powiem więcej w dupie się jej przewróciło. Fragment rozmowy (pisane z pamięci)
- jesteś okropny, zraniłeś mnie (blablabla – przyp. autora) tęsknię za Tobą
- (blablabla streszczające się do “co ty pierdolisz”) myślałem, że nie chcesz ze mną gadać to się nie odzywałem.
- (blablabla sprowadzające się do “myślałam, że ty ze mną nie chcesz”) blablabla
- (blablabla sprowadzające się do blablabla) powiedz co u Ciebie?
- Tak po prostu pytasz jakby nigdy nic?
- Dobra to nie mów.
Myślę, że to ostatecznie zakończyło naszą znajomość.
Pizduś praktycznie się do mnie nie odzywał, ale pod koniec naszego wspólnego mieszkania zaczął mieć jakieś _kurwa_ wąty, które oczywiście zamiast kierować do mnie wyżalał swojej Ewuni i pisał o tym na swoim blogasku (bo inaczej tego gówna nie można było nazwać). Żale dotyczyły tego, że żałuję mu miejsca na kompie (wypierdoliłem jego chujowe gry i ustawiłem przydziały dyskowe, które były bezczelnie niskie). Inna sprawa, że załowałem mu tego miejsca a inna, że przez ten rok nie usłyszałem nigdy “dziękuję” za to, że w ogóle pozwalam mu dotykać mojego kompa instalować jakieś chujstwa i zajmować mi go, kiedy chciałem z niego skorzystać. Nie przychodzi mi do głowy słowo, które nadawałoby się do określenia tego co o takim zachowaniu myślę… a! niewdzięczność. Jedyne co słyszałem to pretensje. Grał od rana w jakieś chujstwo, w końcu przypomniał sobie, żeby ze swoją pogadać i jak po 10 minutach powiedziałm, żeby zszedł to takim oburzonym tonem spytał “już?”. Ale muszę przyznać, że sprawiło mi to dziką satysfakcję, bo wyglądał jakbym ujebał mu skrzydła tępą żyletką. To już był ten czas, że go nie lubiłem. Dlaczego? O tym w kolejnym odcinku pod tytułem “spiczenie”.
Ciąg dalszy zmian. Przestaję spotykać się z Pizdusiem, Markiem i Serkiem i zmieniam swoje otoczenie na nieco bardziej inteligentne i zabawne. Nowa ekipa to dwa Krzyśki, Dorota i Ania. Kursujemy po jakichś dziwnych imprezach, pijemy, rozmawiamy, wygłupiamy się, śmiejemy. Z naciskiem na śmiejemy. Nowe towarzystwo sprawiło, że jakby na nowo odżyłem i stałem się szczęśliwszy. Zmieniłem nr gg i aqq, oraz jid i teraz mam na liście około 15 osób (kontaktów nieco więcej, ale nie liczę duplikatów (gg/aqq/jabber) i infobota. Przeniosłem bloga i podam adres tylko ludziom, którzy coś dla mnie znaczą i tym, którzy mnie nie znają. I tyle. Mała zmiana a cieszy.
Są też sprawy, które się nie zmieniły. Nadal mam swoje durne baby – Myśkę, miotłę i Fle. Doszła mi do nich Ada, która jakimś cudem znosi moje humory i Karolina – tegoroczna debiutantka studencka, z którą zamierzam niejednego browara wychylić. Lenka niestety wyjechała, więc tak jakby jej nie było…